Czytam felieton z cyklu Czułym okiem o wychowywaniu małych dzieci, i naraz orientuję się, że autor używa terminologii wojskowej: taktyka, broń, wojna, władza, tyran, walka. Jako mama półtoraroczniaka czytam osłupiała. Moje słownictwo to: potrzeba, bliskość, spokój, razem.
Po przeanalizowaniu chaosu terminologicznego zawartego w tym felietonie dochodzę do wniosku, że autor porusza się między dwoma skrajnościami: zimnym wychowem i rozpieszczaniem. Oba sposoby prowadzą do wychowania agresywnego narcyza. Istny dramat.
Mam dobrą wiadomość: złoty środek istnieje! Taki styl wychowania znany już jaskiniowcom, a opisany przez dra Searsa nazywa się Rodzicielstwo Bliskości i zwalnia rodziców z walki o władzę, a dziecko z walki o miłość.
Przede wszystkim należy pozbyć się wirusa w postaci zwrotu mały tyran. Rzekomy nałóg dziecka bycia wszechwładnym to bzdura. Dziecko ma całkowitą świadomość tego, że jego życie i zdrowie zależy od rodziców. Dlatego właśnie jest tak niespokojne, kiedy nie czuje ich obecności. Co to znaczy sterroryzowani rodzice? Czyżby przegrali tę wojnę o władze? Raczej nie wypełniali potrzeb dziecka od samego jego urodzenia wytworzywszy w dziecku stałe poczucie niespełnienia.
Jak więc obchodzić się z noworodkiem, jak z nim nie walczyć? Odpowiadam: dziecko trzeba przytulać karmić przytulać karmić przytulać, i od czasu do czasu wysadzić. Z czasem trzeba będzie bawić się z nim i zabierać między ludzi. Dziecko, które, jak mawia Katarzyna Miller, jest dokochane, wykołysane, wykarmione piersią, któremu się śpiewa i opowiada bajki jest spokojne, pewne siebie i wyrasta na kreatywnego, otwartego, spokojnego człowieka.
Jeśli zaś chodzi o to nieszczęsne ciastko, i opisaną awanturę w kawiarni, to przecież nie nowina, że dzieciom nie daje się słodyczy, bo cukier powoduje u nich wahania nastrojów. I próchnicę.
Beata Blizińska